12Sie/18

Domowe tajemnice

W czasach gdy technologia oraz udogodnienia rozwijają się z dnia na dzień, a każdy produkt ma po kilkanaście wariantów, aż trudno oprzeć się pokusie gromadzenia różnych rzeczy, nawet jeśli nie są w danej chwili potrzebne. Albo w ogóle nie są potrzebne, tylko ładnie wyglądają. Kiedyś tzw. chomikarstwo miało szersze zastosowanie, bo ludziom zdarzało się tworzyć z wielu elementów nowe przedmioty, choćby dla własnej frajdy, albo po prostu uznawali, że coś może się jeszcze przydać nawet przyszłym pokoleniom… i rzeczywiście tak było. Teraz zaś przyzwyczailiśmy się do tego, że producenci marek podsuwają nam gotowe produkty czy rozwiązania pod nos. I to w dodatku takie, które nie wymagają specjalnego wysiłku oraz wiedzy.

Niemniej jednak kawalerka o powierzchni czterdziestu paru metrów kwadratowych nie powiększy się wraz z nabyciem nowych sprzętów, natomiast pomimo szczerych chęci kolejna szafa nie zmieści się pomiędzy kanapę a regał z książkami. Nawet na ciasnym balkonie braknie miejsca, odkąd stoją tam rzadko używany stolik oraz dwa wiklinowe fotele. Akcesoria kuchenne przeszkadzają w domknięciu pozornie głębokiej szuflady, a mniej przydatne rzeczy wystają z pudeł pod łóżkiem.

Oczywiście, dopóki cały chaos pozostaje pod ścisłą kontrolą i wszystko ma swoje konkretne, nieprzypadkowe miejsce, dopóty mieszkanie w takich warunkach nie będzie sprawiało problemu samym domownikom, bo z gośćmi bywa różnie. Chcąc nie chcąc trzeba liczyć się z tym, że nie każdemu odpowiada nagromadzenie wielu rzeczy w stosunku na niewielkiej przestrzeni. Zwłaszcza że utrzymanie przy tym czystości wcale nie należy do najprostszych zadań.

Opanowanie nawyku zbierania mogłoby przynieść najlepsze rezultaty w pomniejszaniu dobytku, co idzie w parze z surową selekcją, po której część przedmiotów zostanie sprzedana, część oddana, a część wyrzucona. Początki są trudne, co niespecjalnie dziwi, ale najważniejsze, aby ciągle trzymać się celu.

Jeśli ta metoda się nie sprawdzi, bo pokusa kupowania kolejnych zestawów pieprzniczek i solniczek jest silniejsza od zdrowego rozsądku, na scenę wchodzi plan B. Kuchenne blaty oraz przerwy między meblami to dobre miejsca do rozgospodarowania. Chodzi o zamontowanie w ich głębi specjalnych skrytek na różnego rodzaju i rozmiaru rzeczy. Dla przykładu: składana, dość mobilna drabina, którą szwagier podarował ci na ostatnie święta Bożego Narodzenia, mieści się już tylko w mieszkaniu sąsiada, ale on nie wydaje się zadowolony z takiego układu, więc zostajesz z prezentem na lodzie. Siedząc na jednym z niższych szczebli, głowisz się, jak zaradzić całej sytuacji – nie sprzedasz, nie oddasz, nie wyrzucisz, bo w każdym wypadku szkoda dobrego sprzętu. Co możesz zrobić? Ot, zamontować głęboką szufladę u spodu mebli kuchennych, gdzie schowasz złożoną drabinę, by móc wysunąć ją w każdej chwili.

Poza tym przy okazji odwiedzin szwagra będziesz mieć okazję do zaskoczenia go sprytnym wymysłem. Oby nie sprowokowało go to do kolejnego nietypowego prezentu. Na skrytki też trzeba znaleźć miejsce.

08Sie/18

Dzieci w kuchni to nie koszmar

Bycie rodzicem to jedno z największych wyzwań w życiu dorosłego człowieka. Ponad pół roku nerwów, zmian nastroju, decydowania poprzez niezdecydowanie oraz nieprzemijającego stresu pod koniec ciąży. Normalnie, na przykład w pracy, po tak trudnym okresie można się spodziewać jakiejś przerwy – ot, urlopu albo po prostu tygodnia odpoczynku. W przypadku narodzin dziecka sytuacja wygląda zupełnie odwrotnie, a wszelkie myśli o chwili spokoju rzadko opuszczają sferę marzeń, aby stać się rzeczywistością.

Nie wiadomo, co jest bardziej przytłaczające: świadomość ponoszenia pełnej odpowiedzialności za potomstwo przez kilkanaście lat, konieczność dostosowania się do nowych okoliczności i przewidywania różnych scenariuszy nie tylko w trosce o własne dobro, czy jednak fakt, że dobrego wychowania nie kupi się w żadnej sklepie, a porady znajomych nie zawsze są słuszne?

A trzeba sobie jakoś poradzić. Pilnować, opiekować się, uczyć, tłumaczyć, ganić, chwalić i przede wszystkim kochać. A skoro kochać, to i stwarzać poczucie bezpieczeństwa. Co się z tym wiąże? Między innymi przygotowanie domu oraz znajdujących się w nim rzeczy na konfrontację z ciekawym świata maluchem, którego zainteresowanie przedmiotami z pewnością wzrośnie wraz z wiekiem.

Wiele sprzętów kuchennych może okazać się groźnych dla niewinnych rączek, ale przecież absurdalnym byłoby chowanie ich do, powiedzmy, dwunastego roku życia dziecka. Toteż gdy osiągnie odpowiedni wiek – i chodzi tutaj o odpowiednią dojrzałość oraz świadomość istnienia – można obrócić potencjalne niebezpieczeństwo w dobrą zabawę poprzez naukę. Dodatkowe dłonie do pracy przydadzą się każdemu zmęczonemu rodzicowi, a jeśli doda się do tego pasję, to kto wie, czy po jakimś czasie dziecko nie będzie wspominało z sentymentem przed kamerami popularnego na całą Polskę programu kulinarnego gotowanie u boku najbliższych. Być może zostanie w przyszłości światowej sławy kucharzem, który ze wszystkich znanych sobie dań najchętniej powraca do smaków dzieciństwa.

Nazwanie takiego układu darmową siłą roboczą byłoby dalekim niedopowiedzeniem. Przede wszystkim nie chodzi o wykorzystywanie pociechy do obrania ziemniaków, żeby dało się podać szybciej obiad. Poprzez stopniowe oswajanie ze sprzętami i pokazywanie, w jaki sposób działają różne akcesoria kuchenne zaspokoi się i ciekawość oraz chęć sprawdzenia na własnej skórze, co może się stać, gdy np. przejedzie ostrym nożem po palcu. Wyrobi też poczucie odpowiedzialności czy bycia potrzebnym. Nie wspominając nawet o rozwijaniu zainteresowań i śmiałości w kuchennym eksperymentowaniu z produktami. Pieczenie ciast, lepienie pierogów, przygotowywanie kolacji wigilijnej, robienie sałatek na wakacyjnego grilla – nie dość, że pysznie, to w dodatku z własnym dzieckiem. Jedzenie zyskuje na smaku, gdy dodaje się do niego odrobinę miłości prosto z serca. A im więcej, tym lepiej. W końcu kto inny ma dawać przykład potomstwu, jak nie rodzice? Kuchni nie trzeba się bać, jeśli ma się pojęcie, jak nad nią zapanować.